Do polskich występów Neila Diablo i Cosmic Booogie w ramach Diabolic Boogie miniTour pozostały niespełna dwa tygodnie, z tej okazji postanowiliśmy podkręcić trochę temperaturę. Specjalnie dla entuzjastów brzmień z okolic boogie, disco i house, zamieszkujących kraj nad Wisłą, przygotowaliśmy dwa ekskluzywne wywiady z bohaterami tego wydarzenia. Dodatkowo, zgodnie z tradycją importów Na Stare Milion, nasi zagraniczni goście popełnili specjalnie dla Was 60. minutowy gościnny mix będący przedsmakiem tego, co zaprezentują w Krakowie i Wrocławiu. Zachęcamy więc do odpalenia nagrania z playera poniżej i oddania się lekturze. O miłości do muzyki, piłki nożnej, scenach klubowych Liverpoolu i Manchesteru ze Stu Robinsonem i Neilem Scottem rozmawiał Jaromir “Funkoff” Kamiński.
Neil Diablo – Tales From Edsc (Guestmix#3) by Na Stare Milion on Mixcloud

NA STARE MILION: Stu, wyobraź sobie, że Twój bliski koleżka dzwoni do Ciebie na pół godziny przed ważnym meczem Liverpoolu i opowiada Ci o podejrzanym miejscu pod miastem, gdzie ponoć zalegają tysiące rzadkich płyt. Można je przejąć zupełnie za friko, ale pod jednym warunkiem: teraz i tylko teraz. Co robisz: bez namysłu idziesz prosto na Anfield Road czy też wsiadasz w samochód i zabierasz płyty rezygnując z meczu?
COSMIC BOOGIE: To proste. Idę na mecz i proszę moją dziewczynę, żeby przywiozła mi płyty… A mówiąc poważnie, jeśli pytasz mnie, czy muzyka znaczy dla mnie więcej niz futbol, to
odpowiedź brzmi tak: mam trzy pasje – moja rodzina, muzyka i Liverpool FC. Przez cały czas zamieniają się miejscami na podium.
Jesteś znany z tego że nie przepadasz za tym co związane z Manchesterem, a przede wszystkim za tym, co związane z Old Trafford:). Wytłumacz więc nam, jak to się stało, że Twoi najbliżsi przyjaciele – przynajmniej Ci od strony muzycznej, jak Greg Wilson czy Neil Scott – pochodzą z Manchesteru? Czy oni także mają obsesję na punkcie piłki?
Manchester jest wspaniały – jeśli chodzi o muzykę. Jeśli mówimy o futbolu, to niekoniecznie. Z Neilem i Gregiem przyjaźnimy się na gruncie muzyki i żadne sprawy związane z futbolem nie staną nam nigdy na przeszkodzie. Nie jestem wrogiem Manchesteru jako miasta, muzycznie dzieje się tam o wiele więcej niż w Liverpoolu – przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, którą lubię – ale moim światem wciąż jest Liverpool. Futbol niewiele obchodzi Neila. Za to Greg ma obsesję na punkcie piłki. Chociaż jest z Liverpoolu, wspiera Manchester. Nie wiem jak on może spokojnie spać w nocy:)
Czy spierasz się czasem ze swoimi przyjaciółmi z Manchesteru na temat futbolu? Czy raczej nie ma znaczenia, kto wspiera jaki klub, tak długo, jak zgadzacie się co do tematów muzycznych?
Tak, mamy jeden wspólny cel – wszyscy kochamy muzykę do tańca. Miewamy czasem z Gregiem gorące dyskusje, ale zwykle wszystko kręci się dookoła muzyki i wszyscy mamy podobne podejście jeśli o to chodzi.
Czy możesz opowiedzieć naszym czytelnikom kiedy i jak poznałeś Grega Wilsona i jak rozwijała się od tamtego czasu Wasza przyjaźń?
Poznałem Grega 4 lata temu i od tego momentu staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Prawdziwa przyjaźń, w której ufasz komuś, musi ewoluować, ale mam to właśnie z Gregiem – to nie tak, że lubię w nim tylko jego wiedzę i zajęcie, lubię go jako osobę. Wiele zawdzięczam tej relacji, zarówno w sensie osobistym jak i muzycznym. Oczywiście są takie momenty, kiedy zachowujemy do siebie dystans, tak jak dzieje się to w każdym kręgu przyjaciół. To zdrowe, by nie wypełniać sobą całego czasu innej osoby (oczywiście poza swoją najbliższą rodziną).
Czy myślisz, że można obecnie mówić o “scenie” w Liverpoolu i Manchesterze zbudowanej wokół tego co robisz Ty, Greg czy Neil?
Powiedziałbym, że mamy w nią swój wkład. Neil prowadzi El Diablo’s w Manchesterze razem ze Steve’m i Duncanem, ja prowadzę Archive z Andy’m w Liverpoolu… W obu miastach Greg traktowany jest z prawdziwym szacunkiem. Tak zasilamy wielką scenę na północnym-zachodzie UK. Cieszy, że powoli ja i Neil zaczynamy jeździć dookoła Wysp i Europy, krok po kroku, a Greg oczywiście gra na całym świecie… Ale jest jeszcze całe mnóstwo wspaniałych spraw, które są tu od dawien dawna jak np. The Unabombers, Mr Scruff, Trus’me i inne świetnie zarządzane cykle imprez. Bardzo zdrowa scena w Manchesterze i Liverpoolu istnieje odkąd pamiętam. Nasza trójka jest tylko jej drobną częścią.
Zaczynałeś swoją karierę didżejską od grania drum’n'bassu. Co zainspirowało Cię do porzucenia tej muzyki i zainteresowania się sceną funk/soul/disco? Kiedy nastąpiła ta zmiana?
Byłem didżejem drum’n'bassowym przez około 10 lat, zebrałem przez ten czas sporo płyt. Można powiedzieć, że grałem cieplejszą, soulfulową stronę drum’n'bassu, ale lubiłem też cięższe, mroczniejsze rzeczy. Zadziwia mnie, że według niektórych ludzi na drum’n'bass nie ma miejsca w soulfulowej muzyce do tańca. A tym tak naprawdę jest. To czarna muzyka oparta na groovie – tyle, że nieco szybsza. Jako bardzo brytyjskie brzmienie, drum’n'bass pożyczał elementy każdego gatunku muzyki tanecznej istniejącego przed nim – w ten sam sposób jak robił to house – a więc np. sporo sampli i brzmień z wczesnych płyt disco itd. Myślę, że to zmotywowało mnie do spojrzenia wstecz i poszukiwania skąd wzięły się te brzmienia. Wtedy wszedłem w muzykę do breakdance’u, jak wczesne electro i tego typu rzeczy.
Scena drum’n'bassowa była zawsze dość ograniczona, a ja nigdy nie byłem świetnym didżejem d’n'b, ponieważ niezbyt przejmowałem się długimi miksami czy double-dropami (granie dwóch utworów naraz). Wtedy zasugerowałem, że zacznę grać podczas imprez d’n'b w małej sali na górze, która mieściła ze 30 osób i gdzie mogłem grać to co chciałem. To było gdzieś w 2002 lub 2003. Grałem dużo starego house’u, electro, czasem rave’u, breakdance’u, aż wreszcie zacząłem dorzucać także trochę disco. Ta muzyczna wolność była wspaniała, skłoniła mnie do dalszego poszukiwania kolejnych rzeczy, kupowania kolejnych płyt, czytania książek. Gdzieś w 2006 Mark Webster, jeden z moich przyjaciół, zasugerował mi, żebym przeczytał książkę “Love Saves The Day”. Wiedząc, w jakim kierunku podążam, był pewien, że mi się spodoba. Reszta jest już chyba jasna – przeczytałem “Love Saves The Day”, poznałem Grega Wilsona, wystartowałem jako Cosmic Boogie. Przez ostatnie 7-8 lat kupiłem mnóstwo, mnóstwo płyt i kompaktów… i tyle. Wpadłem.
Mimo to zawsze będę kochał drum’n'bass – dlatego że to moje korzenie. Gdy gram set możesz z łatwością zauważyć, że mam słabość do potężnych linii basowych, bębnów i perkusjonaliów. Zastanawiam się, skąd to się wzięło.
Kiedy wszedłeś do świata cyfrowego didżejingu? Czy kiedykolwiek myślałeś o powrocie do grania z płyt? Opowiedz nam o plusach i minusach używania Serato.
Dobra muzyka to dobra muzyka, nieistotne z jakiego formatu korzysta. Wciąż kupuję mnóstwo winyli, wiele rzeczy, które gram, możesz dostać tylko na winylu. Jednak jestem od wielu lat użytkownikiem komputera, więc gdy pojawił się system, który umożliwia nie tylko granie muzyki w satysfakcjonującej mnie jakości, ale także pozwala mi robić pętle, gdy potrzebuję – tak, będę tym zainteresowany. Tak właśnie działa Serato. To po prostu błyskotliwie skonstruowana technologia, chociaż gdy grałem ostatniego razu w Polsce razem z Wami, nie czułem tak. Od tamtego czasu kupiłem nową wersję i to jest naprawdę najlepsza rzecz jaką zrobiłem – konstrukcja jest lepsza, jakość jest lepsza, a nowy software jest naprawdę dobry i stabilny. Odkąd ją kupiłem, nie miałem ani jednego problemu. Od czasu do czasu wciąż gram z płyt, zrobiłem to parę miesięcy temu w Liverpoolu i prawdopodobnie wezmę ze sobą trochę płyt do Polski. Razem z cd i Serato. Myślę, że będę zawsze zbierał muzykę w każdym dostępnym formacie. Z mojego doświadczenia wiem, że jedyni ludzie, którzy są rozczarowani, kiedy pojawiasz się na imprezie z Serato, to inni dje. Publiki zazwyczaj w ogóle to nie obchodzi – tak długo jak muzyka jest ok.
Jesteś autorem kilku naprawdę interesujących editów i mashupów. Czy planujesz rozwinięcie działalności również na produkowanie własnych, oryginalnych utworów?
Tak. W tym roku powinienem opublikować kilka remiksów. Pracuję teraz nad trzema. Z nowym, oryginalnym materiałem celuję na przyszły rok. Tak naprawdę wciąż się jeszcze uczę, nie jestem na etapie, na którym mogę stworzyć takie brzmienie, jakie chcę… więc dopóki jestem na tym etapie nie opublikuję nic nowego. Jeśli moment przełomu nie nadejdzie, to nigdy nie wydam nic oryginalnego.:-)
Jeśli chodzi o nowe wydawnictwa, co czeka teraz w kolejce? Czy możemy w najbliższym czasie oczekiwać nowych klubowych bomb z obozu Disco Deviance i Cosmic Boogie?
W drugim tygodniu maja wychodzi czwarta płyta na Cosmic Boogie (http://soundcloud.com/cosmicboogie/sets/cb004-youngblood-the-users). W tym roku będą jeszcze dwie lub trzy kolejne płyty na labelu. Jedna ode mnie w drugiej połowie 2010 i dwie od innych editowców, których znam… ale nie zamierzam jeszcze ujawniać kto to.:-)
Mam nadzieję, że jeszcze trochę rzeczy, nad którymi teraz pracuję, wyjdzie również w dalszej części tego roku na Disco Deviance. Mam jeszcze cztery edity na swoim profilu na soundcloudzie, które zamierzam zmasterować i wydać, ale to nie jest brzmienie, które mogę umieścić w serii Cosmic Boogie, więc jeszcze nie wiem, co się z nimi stanie. Jeśli chodzi o wydawnictwa płytowe, ten rok będzie dla mnie najlepszy ze wszystkich do tej pory. To dość podniecające.
Jeśli miałbyś wybrać 3 płyty, które wziąłbyś ze sobą na bezludną wyspę, co to by było?
Nie sądzę, bym przetrwał na bezludnej wyspie zbyt długo. Nie wiem, jak zbudować schronienie, nie jem ryb i jestem raczej do niczego na łonie natury. Dlatego myślę, że potrzebowałbym tylko jednej płyty ze sobą. Konkretnie tego:
Dzięki za rozmowę.
Do zobaczenia.

NA STARE MILION: Neil, siedem lat po pierwszej imprezie El Diablo’s w Manchesterze, Wasz cykl jest popularniejszy niż kiedykolwiek. Czy możesz odkryć karty i podzielić się własnym przepisem na prowadzenie udanej imprezy klubowej w mieście, gdzie konkurencja jest tak silna?
W czasach Electric Chair nie robiliśmy regularnych comiesięcznych imprez. Oni też działali raczej na zasadzie ad hoc, bardziej jako aftery albo małe piwniczne imprezy tylko na zaproszenia. Comiesięczne regularne imprezy zaczęliśmy organizować dopiero 2 lata temu. Myślę, że raczej byliśmy dopełnieniem Electric Chair niż ich rywalami. Przez prawie 5 lat pracowałem dla załogi Electriks i sporo się od nich wówczas nauczyłem. Wciąż jesteśmy bliskimi przyjaciółmi z Moggsy’m, Luke’em i Justinem.
Jeśli chodzi o muzykę i wydarzenia klubowe sporo dzieje się teraz w Manchesterze. Zwłaszcza z naszej kontynentalnej perspektywy wygląda to znakomicie. W jednym miejscu macie wszystko od Trus’me, przez Mr Scruffa i Unabombers, Balearic Mike’a, Moonbootsa po Andy Votela, Fat City, EDSC i dziesiątki innych znamienitych djów, kolekcjonerów, producentów, muzyków.
Na co dzień pracujesz w uznanym na świecie sklepie płytowym (Piccadilly Records). Czy Twoja praca pomaga Ci w prowadzeniu cyklu EDSC np. poprzez zdobywanie kontaktów w Manchesterze, w
UK, a nawet w Europie?
Jeśli mam być szczery, nie za bardzo. Może w Manchesterze tak, bo spotykam ludzi, którzy przychodzą do sklepu, a mogli nie słyszeć o naszej imprezie. Poza tym poprzez sklep możesz wychwycić opinie z ulicy o tym, co dzieje się w mieście, ale nic poza tym.
Pracując w sklepie płytowym jesteś przez cały czas otoczony przez muzykę. Każdego tygodnia przesłuchujesz tuziny nowych płyt tylko z Twojej działki zainteresowań, a do tego setki innych. Jak praca wpływa na Twój gust muzyczny i Twój styl grania imprez?
To najlepsza rzecz, jaka wiąże się z pracą w sklepie płytowym. Ktoś, kto nie jest wkręcony w muzykę taneczną, pokazuje Ci rzeczy, jakich nigdy nie słyszałeś bądź jakich byś nigdy nie usłyszał. Na przykład zespoły takie jak Wooden Shijps czy Dead Meadow. Nie sądzę, bym kiedykolwiek się o nich dowiedział, gdyby nie to, że pracuję w sklepie.
Jeśli chodzi o djing, kto był lub wciąż jest, Twoją największa inspiracją? Powiedz nam także, kogo uważasz za najlepszego obecnie dja w Manchesterze?
Larry Levan naprawdę wkręcił mnie w disco wiele lat temu. Gdy usłyszałem składankę z Paradise Garage wydaną przez Strut, zdałem sobie sprawę, że wiele housowych utworów, które mi się wówczas podobały, były zsamplowane z disco. Połknąłem wtedy disco bakcyla. Jest wielu naprawdę dobrych djów w Manchesterze i nie wydaje mi się, bym mógł powiedzieć, kto jest moim zdecydowanym faworytem. Podchodzi mi to, co robią niektórzy z nadchodzących nowych dzieciaków, jak np. Ryan Hunn. Na balearycznym tropie moimi ulubieńcami na zawsze pozostaną jednak Balearic Mike, Moonboots i Jason Boardman. Mają płyty, których nie ma nikt inny. Mam do nich duży szacunek. Moi wielcy faworyci to także Mr Scruff i Unabombers.
Czy masz w planach rozwinięcie działalności pod szyldem EDSC na wydawanie własnych editów i produkcji?
Z pewnością, editowy label “El Diablo’s” jest w przygotowaniu. Próbuję sfinalizować kawałki już przez jakiś czas, ale chcę upewnić się, że wszystko jest absolutnie w porządku, zanim je wypuścimy. Pracuję jeszcze nad kilkoma innymi projektami, które miejmy nadzieję ujrzą kiedyś światło dzienne.